• ogloszenia

    Ogłoszenia

    Tutaj możesz przeczytać ogłoszenia parafialne na najblizszy tydzień.


    czytaj

  • galeria

    Galeria

    Zapraszamy do oglądnięcia zdjęć z różnych wydarzeń naszej parafii.


    zobacz

O kobiecie staropolskiej – rozmowa z s. Małgorzatą Borkowską

Kobiety w dobie staroWomenpolskiej, choć ich podmiotowość ograniczało prawo, miały spory margines wolności. Wiele z nich, tak jak matka Magdalena Mortęska, reformatorka benedyktynek, potrafiło wywalczyć sobie prawo do życia zgodnego z powołaniem - mówi w wywiadzie dla KAI s. Małgorzata Borkowska OSB, historyk zakonów żeńskich.
Kobiety w dawnej Polsce nie były niezależne pod względem prawnym – przyznaje siostra. Zaraz jednak dodaje: „Rzecz jasna, prawo prawem, a zwyczaj i praktyka szły innym torem (…). Faktem jest, że w I Rzeczpospolitej dziewczęta szkolono w domach na coś, co nazwalibyśmy dziś menadżerami. Ona musiała potrafić zarządzać domem i wszystko jedno, jaki miał być jej dalszy los – zamążpójście, wstąpienie do klasztoru, staropanieństwo – ona musiała tę umiejętność posiąść. (…) Jeszcze na początku XVII w. było w Polsce mnóstwo kobiet, które czytać i pisać nie umiały, choć potrafiły liczyć. Karbowały więc na kiju rozmaite rozliczenia, ale dom szedł doskonale, bo tego je uczono od dzieciństwa”.
S. Borkowska przypomina, że w połowie XVI w. Sobór Trydencki ostatecznie uzależnił ważność ślubów zarówno małżeńskich jak i zakonnych od ich dobrowolności. Jeżeli ktoś złożył ślub pod przymusem – czy to małżeński, czy zakonny – był on nieważny. „Co warte podkreślenia, zgromadzenia zakonne wcześniej zaczęły respektować to prawo niż rodziny. Jeszcze w XIX w. zdarzało się wydawanie córki za mąż na mocy decyzji rodziców. (…) Zupełnie inaczej było w klasztorach, tam sprawdzano, czy kandydatka rzeczywiście chce być zakonnicą. I to sprawdzano nie tylko przy pierwszym kontakcie, ale pod

[Internetowy Dziennik Katolicki 7.03.2018, 8.03.2018]


O kobiecie staropolskiej – rozmowa z s. Małgorzatą Borkowską

KAI: - W zbiorze popularnych esejów o kulturze sarmackiej „Palus sarmatica” Krzysztofa Koehlera kobiety są praktycznie nieobecne, są jedynie tłem w panoramie ważnych wydarzeń. Czy rzeczywiście doba staropolska była całkowicie zdominowana przez mężczyzn?

S. Małgorzata Borkowska OSB: - Jest to kwestia filtru. Autor esejów „przepuszcza” przez siebie rozmaite fakty, ale co do roli kobiet w ówczesnym świecie nie Sarmacja jest winna, tylko filtr. Jako kobieta patrzę więc na tamtą epokę oczyma kobiety, stosuję odmienny filtr. Rzeczywiście, prawo i zwyczaj w dobie staropolskiej nie „dociągały” do naszych dzisiejszych pojęć i standardów. Kobieta przez długi czas nie była prawnie samodzielna. Jako panna była pod strażą rodziców i oni za nią odpowiadali, także w sądzie, i w jej imieniu występowali. Jeżeli była mężatką, w jej imieniu występował mąż. Dopiero po śmierci męża wdowa stawała się prawnie samodzielna. Trochę absurdalne, ale wszyscy byli do tego absurdu przyzwyczajeni.

Co do zakonnic, jako panna w domu rodziców lub opiekunów kobieta nie była samodzielna, później była pół samodzielna, gdyż w związku z określonymi aktami prawnymi, na przykład potwierdzenia, że posag do klasztoru wpłynął, musiała stawać przed sądem ona i jej przełożona, czyli stawała z opiekunką, z tym tylko, że tą opiekunką była druga zakonnica, a nie jakiś mężczyzna. Ogólnie rzecz biorąc, istniała jednak prawna niesamodzielność. Rzecz jasna, prawo prawem, a zwyczaj i praktyka szły innym torem, bo jak można wykluczyć z życia połowę ludzkości? Bardzo często kobieta, choć nie mogła prawnie występować, była do tego zmuszona, bo mężczyzna szedł na wojnę, a ona zostawała i musiała zarządzać domem. Czy była to rzemieślniczka, która po śmierci męża, wraz z podległymi czeladnikami dalej prowadziła jego zakład, czy była to żona żołnierza, musiała dbać o gospodarstwo, a więc np. zorganizować orkę, siew i żniwo. Faktem jest, że w I Rzeczpospolitej dziewczęta szkolono w domach na coś, co nazwalibyśmy dziś menadżerami. Ona musiała potrafić zarządzać domem i wszystko jedno, jaki miał być jej dalszy los – zamążpójście, wstąpienie do klasztoru, staropanieństwo – ona musiała tę umiejętność posiąść.

KAI: Co to były za umiejętności?

- W przypadku dworów czy dworków trzeba było umieć zorganizować pracę, w przeciwnym razie służba nie wykonywałaby swoich obowiązków i nic nie byłoby zrobione. To kobieta była głównym zarządcą – żona, matka, gospodyni i menadżer. I to było tak oczywiste, że staropolanie nawet o tym nie wspominają, dopiero jak ujawniała się konkretna potrzeba, brak takiej osoby, ujawniały się te wszystkie nauki, które wszyscy mieli wpojone już w dzieciństwie. Jeszcze na początku XVII w. było w Polsce mnóstwo kobiet, które czytać i pisać nie umiały, choć potrafiły liczyć. Karbowały więc na kiju rozmaite rozliczenia, ale dom szedł doskonale, bo tego je uczono od dzieciństwa.

KAI: Podobno 30 proc. szlachcianek trzymało w owym czasie arendy ["dzierżawa" przyp. KAI]?

- W arendę brało się majątek w sytuacji, gdy dłużnik nie był w stanie spłacić długu lub gdy oddawało się w czasową własność jakąś wioskę. Jeżeli kobieta była już prawnie niezależna, czyli była wdową, nie było problemu, załatwiało się interesy z nią. Jeśli była zaś zamężna, używano ślicznej formułki. Pisano: „Stanął kontrakt między panem Zarzeckim (który dawał majątek w arendę) a panem Kowalskim względem starszeństwa małżeńskiego, a w samej istocie panią Kowalską”. Mąż musiał być „przyczepiony” urzędowo, bo miał osobowość prawną, ale wiadomo było, że to kobieta wszystkim zawiadywała.

KAI: Gdyż kobiety nie miały osobowości prawnej.

- Używając tych dzisiejszych pojęć: nabywały pełnię osobowości prawnej w chwili, gdy zostawały wdowami. Wdowy były najbardziej niezależne, choć było ich stosunkowo niewiele, bo ówcześni ludzie dążyli do łatania zdekomponowanych małżeństw i zawierali ponowne związki. Po każdej wojnie czy zarazie w aktach kościelnych obserwujemy falę ślubów: wdowcy i wdowy zakładali nowe rodziny, bo wiedzieli, że sami nie dadzą rady: kobieta bez męskiej „opieki”, mężczyzna w domu bez kobiety. Mężczyźni szukali więc żon, które zarządzałyby domem i majątkiem. Kolejna żona wychowywała dzieci i przejmowała funkcję menadżera – mąż przecież nie był do tego szkolony.

KAI: Kobiety miały więc sporą realną władzę, realny wpływ na życie rodziny.

- I tradycyjny szacunek do kobiet wyrażał się w tym, że o kobiecie nie mówiło się ‘żona’, a ‘dozgonny przyjaciel’. Podkreślano przyjaźń, równość, partnerstwo, był to wyraz traktowania kobiety na równi z mężem. Ponieważ wszyscy byli święcie przekonani, że mężczyzna to jest coś lepszego, żonę nazywano „przyjacielem”, a nie „przyjaciółką”.

KAI: W swoim studium „Życie codzienne polskich klasztorów żeńskich w XVII i XVIII wieku” stwierdza Siostra, że w owych czasach to zakonnice były najbardziej niezależnymi kobietami.

- Gdyż przede wszystkim one miały za sobą podjęcie samodzielnej decyzji. Przypomnę, że w połowie XVI w. Sobór Trydencki ostatecznie uzależnił ważność ślubów zarówno małżeńskich jak i zakonnych od ich dobrowolności. Jeżeli ktoś złożył ślub pod przymusem – czy to małżeński, czy zakonny – był on nieważny. Przymus był powodem do uznania nieważności tego aktu. Co warte podkreślenia, zgromadzenia zakonne wcześniej zaczęły respektować to prawo niż rodziny. Jeszcze w XIX w. zdarzało się wydawanie córki za mąż na mocy decyzji rodziców. Nie było ważne, czy chce tego, czy nie; obfite ślady tego mamy w literaturze. I tego nikt nie pilnował, ksiądz dawał ślub, nawet jeśli panna młoda była zapłakana i nie chciała odpowiedzieć na pytanie o dobrowolność „wzięcia sobie za męża”. Co więcej, całe otoczenie uważało, że panna ma być posłuszna i trzeba tak robić, jak każą rodzice.

Zupełnie inaczej było w klasztorach, tam sprawdzano, czy kandydatka rzeczywiście chce być zakonnicą. I to sprawdzano nie tylko przy pierwszym kontakcie, ale pod koniec nowicjatu, czyli przed dopuszczeniem do ślubów; i to przez osobną komisję kościelną. Na te pytania jeszcze ja odpowiadałam, gdyż to prawo zostało zlikwidowane dopiero po II Soborze Watykańskim, kiedy już nie było to potrzebne. Sobór Trydencki nawet namawiać zabronił. Tak więc już w XVI w. tę zasadę w klasztorach stosowano. Dlatego można mówić, że zakonnica była na tyle wolna, że podjęła dobrowolną decyzję co do własnego losu.

KAI: Często działo się to wbrew rodzinom.

- Pracowałam w bardzo wielu archiwach zakonnych i natrafiłam może na osiem, dziesięć przypadków w całej epoce, czyli bardzo niewiele, w których powołanie miała matka, a córka poszła dlatego, że matka tak chciała. Ale normą była niewątpliwie decyzja dobrowolna, wbrew naszym obiegowym przekonaniom. Nawet są wypadki ucieczek panien do klasztoru, co świadczy o ich sporej samodzielności.

KAI: W klasztorach samodzielność wiązała się z organizacją życia wspólnoty, zarządzanie znacznie większym majątkiem.

- Zakonnice dzieliły się obowiązkami; były takie, które nigdy nie wypełniały funkcji menadżerskich, całe życie haftowały, przepisywały księgi, pielęgnowały chorych, wykonywały inne prace. Ale musiało być choć kilka sióstr, które zajmowały się gospodarstwem, w tym przełożone i ich różne pomocnice. Nadto wspólnoty zakonne miały wpływ na otoczenie, zwłaszcza na kobiety. To były rodziny, przyjaciele, sąsiedzi. Ci, którzy byli rodzinnie z klasztorami związani, stanowili otoczkę klasztoru, i tak jest do dziś. To ogromne pole kontaktów zakonnic ze świeckimi.

Zakonnice prowadziły szkoły, właściwie internaty dla dziewcząt i ich celem nie była wyłącznie edukacja, ale też zapewnienie bezpieczeństwa dziewczętom, gdyż zdarzały się porwania panien, zwłaszcza posażnych. Były próby, wobec czego rodzina traktowała szkołę klasztorną jako schronienie.

KAI: W swojej książce opisuje Siostra historię ksieni benedyktynek z Radomia, która miała pachołków wymierzających sprawiedliwość…

- Ktoś zajął wioskę należącą do klasztoru i choć zakonnice miały prawomocny wyrok zwrotu, on nie chciał cudzej własności oddać. Wówczas przydawali się uzbrojeni pachołkowie. Ksieni zaangażowała także sądowych pachołków, żeby wieś odbić. Ale w tej radomskiej scysji bieda polegała na tym, że zaborca był pułkownikiem dragonów, więc sprawiedliwość nie zatriumfowała.

KAI: Losy matki Magdaleny Mortęskiej, XVI-wiecznej reformatorki wspólnot benedyktyńskich, której biografię Siostra napisała, jest przykładem kobiety, która zrealizowała swój pomysł na życie, pójście za głosem powołania, mimo kategorycznego sprzeciwu ojca.

- Matka Magdalena miała mocną świadomość wezwania Boga i na tym zbudowała swoje życie.

KAI: Nie była kształcona, choć obie jej siostry przebywały w szkołach klasztornych.

- Magdalenie zabroniono nauki, bo jej tata, przeczuwając kiełkujące powołanie, bał się, że pod wpływem pobożnej lektury wstąpi do zakonu. W jego ocenie byłaby to degradacja, gdyż stosunek świeckich do powołania zakonnego ulegał falowaniu. W średniowieczu do klasztorów szły córki dynastii piastowskiej. Ale począwszy od XIV zaczęły się kończyć podziw i aprobata, w XV napływ malał, a sto lat później panowała opinia, że w klasztorze są kobiety, których nikt nie chce, że to rodzaj śmietnika społecznego. Tak uważał ojciec Magdaleny, jeden z najbogatszych i najbardziej wpływowych osób w regionie. Miała więc dwanaście lat, gdy sama nauczyła się czytać i pisać. Gdy wreszcie jej ojciec pogodził się z tym, że Magdalena „panieński stan sobie obiera”, podarował jej kamienicę w Toruniu: miała w niej mieszkać w otoczeniu służby, chodzić do kościoła, prowadzić pobożne, cnotliwe życie, zapewnił jej też określone sumy na utrzymanie – „byle tylko panna wstąpieniem swym do klasztoru sromoty nam nie zadawała”.

KAI: Panna jednak postawiła na swoim.

- Gdyż odczytała swoje powołanie, udowodniła, że jest mocne i była na samym progu wielkiej liczby kobiet wstępujących do klasztorów po reformie trydenckiej. Ona tę reformę wdrażała, choć zastała pusty klasztor, przebywały w nim jedynie dwie staruszki, na dodatek z innych zakonów. I ona właściwie wybudowała od nowa i pomnożyła klasztory benedyktynek w całej Polsce. Załatwiła praktycznie wszystko – wywalczyła ramy prawne, zapewniła klasztorom pomoc w utrzymaniu. Nie było to pierwotnie w jej planach, ona po prostu chciała być mniszką. Ale okazało się, że w jej wypadku bycie mniszką oznaczało, że ma być od samego początku ksienią [odpowiednik opata w zakonach żeńskich - przyp. KAI].

KAI: Dbała bardzo o wykształcenie mniszek, nie różnicowała sióstr według klucza stanu społecznego, choć sama pochodziła z potężnego rodu.

- U matki Mortęskiej różnicowanie ról zależało tyko od talentu. Jeśli zdarzały się utalentowane siostry pochodzące z mieszczan czy chłopów, ich pochodzenie nie było przeszkodą w pełnieniu rozmaitych zadań. Gdy kobieta miała piękny głos, to szła do chóru i nikt się nie zastanawiał, czy to chłopska córka. W jej pierwszej wspólnocie była córka młynarza, która była przez długie lata kantorką najpierw w Chełmnie, a później w Żarnowcu. Wszystko zależało od talentu. Ale wszystkie musiały mieć lekturę duchową i prawie wszystkie, oprócz najmniej zdolnych, potrafiły czytać i pisać.

KAI: To matka Magdalena sprowadziła do Torunia jezuitów, gdyż chciała, aby jej współsiostry miały przewodnictwo duchowe na najwyższym poziomie.

- Co więcej, wymyśliła, że trzeba zakładać osobne seminaria (ówczesne seminaria to były nieraz pięciu kleryków i opiekun, nie to, co dzisiaj). Te specjalne seminaria kształciły księży na koszt klasztoru i ci duchowni mieli później kilka lat „odsłużyć” jako kapelani sióstr.

KAI: Niezwykła kobieta. Samodzielna, twórcza, kreatywna, święta. Jak można podsumować sytuację kobiet doby staropolskiej? Czy były to niewolnice patriarchatu, czy korzystały ze sporego marginesu samodzielności?

- Kobieta niezależnie od sytuacji prawnej potrafi znaleźć przestrzeń działania. Nawet w sytuacji, która je ogranicza i upośledza, one i tak znajdowały pożyteczne zajęcie. To jest cechą charakterystyczną dla kobiecego pojęcia – najpierw zająć się dostrzeżoną potrzebą, a później rozglądać się za ramą prawną.

KAI: Czy Siostra dostrzega te cechy Polek w kolejnych wiekach? Na cudzoziemcach robiło wrażenie stosunkowa niezależność Polek. Jak było w innych krajach?

- Na przykład we Francji z przyczyn politycznych było nieco inaczej, gdyż królowie byli w konflikcie z papiestwem, nie ogłoszono ustaw Soboru Trydenckiego. Ponieważ nie zostało to ogłoszone, o decyzjach Soboru wiedzieli ci, których to interesowało, reszta nie musiała o tym wiedzieć. Dlatego aż do rewolucji francuskiej patriarchalny stosunek do kobiet we Francji był o wiele silniejszy niż w I Rzeczpospolitej. Nikt nie pytał tam kandydatki do klasztoru, czy wstępuje dobrowolnie, czy została przymuszona. To miało ogromny wpływ na życie zakonne. A każda przytomna przełożona będzie robić wszystko, żeby wykluczyć przypadki przymusu, bo z taką przymuszoną trzeba później całe życie być na co dzień. To samo dotyczyło małżeństw.

KAI: Co ze staropolskiego świata uchowało się w późniejszych wiekach?

- Kobieta swoje wie; wie, co jest do zrobienia bez teoretyzowania, i swoje robi. W sytuacji, gdy mąż „szedł na wojnę z Tatary”, ona prowadziła dom. A w sytuacji, gdy w XIX w. męża zabrano na Sybir, ona prowadziła dom. I tak jest do dziś.

Rozmawiała Alina Petrowa-Wasilewicz

***

Siostra Małgorzata Borkowska OSB urodziła się w 1939 r. W 1961 r. ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika Toruniu oraz teologię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Od 1964 jest benedyktynką w Żarnowcu. Autorka wielu prac historycznych, m.in. „Życie codzienne polskich klasztorów żeńskich w XVII i XVIII wieku”, „Czarna owca”, „Oślica Balaama”, tłumaczka m.in. ojców monastycznych, felietonistka czasopism „Więź” i „Vita Consecrata”.

[]

Losowa

Informacje

informacjeMsze Święte:
Dni powszednie: 6.30, 7:00, 18:00
Sobota: 15.00 (DPS); Niedziela: 6:45 (niemiecka), 7:00 (w szpitalu), 7:45, 9:00 (młodzieżowa), 9:00 (w Księżym Lesie), 10:15 (rodzinna), 11:30 (suma), 15.00 (chrzcielna w każdą pierwszą niedzielę miesiąca), 18:00.

Sakrament Pokuty: w dni powszednie: zasadniczo pół godziny przed Mszą św. W soboty: od godz. 17.00. W niedziele i uroczystości: w czasie Mszy św. o godz.: 6.45, 7. 45 i 11.30.

Kancelaria Parafialna: poniedziałek, wtorek, czwartek, piątek: 8:00 - 9:30, 16.00 - 17.30. W środy - nieczynna.

Adoracja w kościele Bożego Ciała: w dni powszednie: 6.30 - 17.15; w niedziele i uroczystości: 7.00 - 16.45.

 

Menu duchowe

czytania

brewiarz

katechezy

minuta

mysl

dla ducha

Modlitwa do Patrona

modlitwaŚwięty Wawrzyńcu, zaufany diakonie papieża św. Sykstusa II i męczenniku rzymski, módl się za nami. Ty umiałeś stać się ziarnem wydającym obfity plon. Poszedłeś za Chrystusem, służąc Kościołowi przy boku papieża. Po uwięzieniu i odejściu do Pana św. Sykstusa II, zachowałeś bardzo trzeźwy osąd sytuacji i pieniądze kościelne, których zarządzanie Tobie powierzono, wszystkie rozdałeś pomiędzy ubogich. Była to dobra lokata i wspaniałe świadectwo, kiedy sądzony wskazałeś tychże ubogich mówiąc: Oto są skarby Kościoła. Wypraszaj nam współczesnym członkom tegoż Kościoła posiadanie takiego konta zysków. Ty nie umiłowałeś tego życia i bogactw, ale wszystko widziałeś w perspektywie życia wiecznego. Żyłeś wezwaniem Chrystusa, idąc za Nim wiernie jak mąż sprawiedliy, który obdarza ubogich. Na koniec umiałeś z godnością oddać ducha Panu, któremu przez całe życie służyłeś. Dziękujemy dobremu Bogu za światło Twojego przykładu. Jak silny musiał być ogień miłości ku Chrystusowi w Tobie, skoro gasił żar ognia naturalnego. Prosimy, wspieraj nas swoim wsawiennictwem w walce z mocami ciemności. Amen.

Licznik

10268047
Dzisiaj
Wczoraj
W tym tygodniu
W poprzenim tygodniu
W tym miesiącu
W poprzenim miesiącu
Wszystkie
785
4345
26273
10200080
110215
154457
10268047

Twoje IP: 54.198.142.121
Czas: 2018-09-22 04:02:59